scianolazy blog

Twój nowy blog

I to niemałe! 

Na chwilę obecną stała załoga to Marcin (Dołowy), Wiking (Ścianołaz) i Harry (Też ścianołaz) Na razie za nami są już trzy nieopisane zlecenia. Sorry, drobny brak weny nas dopadł. Więc niniejszym Nadrabiamy:
Zlecenie numer jeden: Hala magazynowa PPHU „Wola” na Prymasa Tysiąclecia. Osiem pięter, architektura typu „Wczesny Gierek” Piorunochrony skaszanione równo. więc pora łatać! Wiertarka, wkrętarka, diax, nożyce i jechane. 4 dni z zaplanowanych dziesięciu, gotowe. Tydzień, odbiory, kasa… Poszło!
Zlecenie numer dwa: Ta sama hala, i znów piorunochrony, tym razem pionowe. Tu już ciężej, zjazdy w dwie osoby, cały sprzęt przy tyłku (Oprócz diaxa i nożyc)  Ja wiercę, Wiking wbija kotwy. Ja wkładam drut w kotwę, Wiking dokręca. Następny! Dziesięć zjazdów i po zabawie. Jeszcze tylko trzeba wpaść i uzupełnić kawałek drutu. A tymczasem…
Zlecenie numer trzy: Stalowa 22, kamienica. Trasa kablowa dla kamer na dachu. Na jaką cholerę komuś kamery na dachu? Nie wiem, z paranoi chyba. Ale płacą, to robimy. Organizacja nawalała równo, więc godzina zjazdu a zlecenie zajęło… Trzy dni. Bo kołki, bo wiertła itp… Ale w końcu się uporaliśmy
Teraz czekamy co dalej. A szczegółowe opisy zleceń, to już na życzenie :P Zapraszam do komentarzy.
Blue skies!

Najwyższa pora przestać pracować przy kabelkach, wiertarkach i innych naziemnych bzdurach, czyli wracamy do gry! Jeszcze nie do końca na swoim, ale są szanse że wiosną już będzie nieżle. Jest nas już dwóch alpinistów, (Wiking i Harry) i dołowy z zadatkami na alpinistę (Czyli Marcin). Na razie mamy kilka skolejkowanych zleceń, czekamy na terminy. Może uda się jeszcze coś dużego na wiosnę, plany istnieją, ale oferta jeszcze nie przesłana. W tej chwili czekamy. A jest na co…

Nie wiem, czy będę dalej pracował dla I, bo nam się jakos pocięło. Jak wiadomo Ścianołazy zawsze mają trudne charaktery…
Nie zmienia to faktu, że sezon się rozkręca, szpej kupuję nowy… Może nawet przyjdzie nam z powrotem pracować z Wikingiem. Do tego dołowy Heihachi i nie ma karimaty której nie nadmuchamy :)

Przyszła wreszcie wiosna, więc znowu wisimy. Na dobry początek razem z firmą Trafart Sky myjemy Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego. Obiekt przeciekawy, wykorzystujemy chyba wszystkie znane techniki dostępu. I kilka nieznanych :). Jeździliśmy wierzchem na windach, podchodziliśmy, zjeżdżaliśmy, przed nami jeszcze przewieszki… Zabawa na całego.

Do tego wszystkiego, razem z nami walczy niezastąpiony Heihachi. A oto co wywalczył:
I jeszcze na dobry konieć, tak wygląda alpinista wyglądający zza rogu swojego terrarium:

Z okazji połowicznych roztopów na ulicy Andersa 24 pojawiły się bardzo
długie sople, zagrażajace przechodniom. Trzeba było rzeczone sopelki
skuć, przy okazji odśnieżając gzyms. Robótka lekka łatwa i przyjamna,
wystarczyło kawałeczek zjechać i przespacerować sie gzymsem. Z Dachu M.
kuł sople, ja odśnieżałem i łapałem lód żeby nie leciał po samochodach.

Uwineliśmy sie szybciuto, więc koło 13 byliśmy już na Kasprzaka. Tak
sprawa troszkę gorsza, sypał się balkon na czternastym piętrze. Trzeba
było podjechać do niego, skuć i zebrać do kastry odpadający tynk…

Problemem okazało sie dopiero Pozbycie się kastry, zjechać we dwóch synchronicznie nie dałoby rady. Ostatecznie śmieci wylądowały na balkonie. M. wymałpował się na dach, mnie ze względu na używanie rolki pozostało zjechać na dół.
Za fotki dziękujemy świeżo upieczonemu Dołowemu Heihachi Mishima

Za oknem biało. Nie widać brudnych ulic, drzewa robią się czarno-białe, leciutki puszek leci z nieba…
Tyle że tramwaje się psują; autobusy spóźniają; samochody trzeba mozolnie odkopywać, a potem jeszcze modlić się żeby zapaliły; dachy trzeszczą pod ciężarem śniegu.
I właśnie z powodu dachów mamy zasuw nie z tej ziemi. Wtorek: gzyms na Wolności. Środa: dach ok. 50* na Siennej. Czwartek: gimnazjum na Deotymy. Piątek: osiedle na Skarbka z gór.
Wreszcie wolny weekend. W samą porę. Ciuchy robocze nie miały kiedy porządnie wyschnąć, nie mówiąc o praniu. Buty mają dość, rękawiczki w zasadzie też. Trzeba przeprać ciuchy. Wysuszyć liny. Odpocząć. Kupić buty i rękawice.
Ale jesteśmy potrzebni. Zapewniamy że, tam gdzie byliśmy, nie spadnie Wam na głowę nawis śnieżny czy sople, nie zawali się pod ciężarem kilku ton śniegu dach.
W poniedziałek znów do pracy. Ciekawe gdzie teraz nas wywieje…

Zadzwonił do mnie jakiś czas temu człowiek, że mu trzeba dach postawić. Tyle że daleko, z noclegiem w namiocie i nie do końca wiadomo kiedy. Jednak ignorując bardzo drobniutkie podszepty mojego „nie chce mi się” zlecenie przyjąłem. Poczekałem dwa tygodnie na kontakt, poznałem datę wyjazdu, na prośbę zleceniodawcy wkręciłem jeszcze kolegę… I się zaczęło!
Mieliśmy jechać w sobotę, lecz okazało się że dostawca materiałów nawalił. Szkoda, że jak już staliśmy na przystanku ze szpejem, śpiworam i Bóg wie czym jeszcze na plecach… Przełknąłem jakoś temat, poszedłem na piwko, wyluzowałem się. Myślę sobie „Co tam, w poniedziałek przecież wyjedziemy”
Aż nadeszła niedziela wieczór. Zniecierpliwiony dzwonię do klienta i słyszę, że on już musiał pojechać, że potrzebuje nas na poniedziałek. Pociąg rusza przed siódmą rano, my mamy nieprawdopodobnie dużo bagażu (W końcu sam szpej to koło 20kg) a bilety kosztują po 60zł (Oczywiście żaden z nas w tej chwili taką sumą nie dysponuje)
Napisałem do człowieka, że nie damy rady dojechać sami i chyba trzeba będzie anulować. Nie odpisał…
Anty wzór, proszę Państwa. Kropka

To będzie zapewne początek pięknej współpracy. Z braku lepszych zajęć zadzwoniłem do G, z którym pracowałem dawno temu jako dołowy Wikinga na Cieszyńskiej. Piękna konkretna rozmowa: „Możesz jutro?” Tym samym zdobyłem pierwsze szlify jako samodzielny Scianołaz.
Praca, tyle prosta co ciekawa, polegała na prostowaniu i łataniu rynien na osiedlu w Piasecznie. Normalnie zrobiłby to byle pan Zenon, ale tak sie składa że dach mają mansardowy, czyli bez pełnego systemu ani rusz. Osiem zjazdów, każdy po nie więcej niż 20 minut, razem jakieś pięć godzin. (Oczywiście należało doliczyć zakładanie stanowisk, powroty na dach itp) Po odbiorze prac zainkasowałem załkiem solidne pieniądze, oraz sugestie przedłużenie współpracy.
Wzór, panie i panowie, wzór..

Miałem załatać Bagherrze dach. Nic prostszego na swiecie. Załatwiliśmy z D. palnik, butle, papa czekała od dawna, szpej leżał na miejscu.Wlazłem na dach, założyłem stanowisko i do roboty! Dziura nad wiatrołapem malutka, metr papy i po sprawie. Potem pękniecie na całej wysokości dachu. Nie ma problemu, nowa warstwa, nagrzać, przyklepać. Gotowe, robota idzie jak burza. Przyjechał właściciel domu, P. Przy słupie od prądu dziura taka że  można na strych zajrzec. Powiedziałem co widze, co będę robił i zasuwam dalej. Przyciąłem papę, podłożyłem i grzeje ile wlezie, bo dziura niemała, w głupim miejscu i musi mi tam cos napłynąć. I wtedy słysze wrzask P. „Kurwa, dach się pali, ratunku, złaź gasić, kurwa, pali się, ja pierdole, zostaw to, gaś, ja pierdolę!!!!…” I tak w kółko Zaciekawiło mnie „Zostaw to!!”.  „To” było jedenastolitrową butlą z gazem, leżącą na zaczynającym się palić dachu, którą właśnie z niego zdejmowałem. W tym czasie Bagherra wchodzi do domu i zwraca się do zajmującem się dzieciakami Goo tonem konwersacyjnym „Przygotuj dzieciaki do ewentualnej ewakuacji” Zlazłem z dachu wbiłem się na drabinę, otworzyłem okno na strych, sąsiedzi podali mi wiaderko, chlusnąłem. Wlazłem za wiaderkiem, polałem z drugiego, trzeciego. Płomień znikł. Jeszcze kilka wiader na wsiaki słuczaj i po robocie. Minęlo pół godzinki, przyjechała straż sprawdzić czy dogaszone. P. dostał ataku paniki, więc podali mu tlen, wezwali pogotowie, poczekali, pojechali.
Po robocie. Dziura jak była tak jest. Pożar straty spowodował prawie żadne. Ot, spalił sie kawałek gąbki z materaca robiacej za izolację cieplną strychu nadpaliła sie nadłamana deska w dachu.
Ciekawostką jest przyczyna pożaru: Otóż od palnika zajął się sweterek którym P. lub jego ojciec zatkali kiedyś dziutę w dachu. Ocenę zostawiam czytelnikom.

Najwieksza praca z jaka jak dotychczas miałem do czynienia. W Łodzi kilka dni temu otworzyło się ogromne centrum handlowe. Jak przed każdym tego typu obiektem i przed tym stoi pylon z reklamami. Tyle że Port jest wielki. Słup też niemały. Kiedy przyjechaliśmy do Łodzi wyglądał tak:

Na takiej konstrukcji miały powstac kasetony. Cztery małe od dołu i jedem ogromny z góry. Trzeba było więc wyciąć wielkie kawały konstrukcji celem połączenia trzech górnych kasetonów. Przez trzy dni W. i H. szaleli na najwyższych poziomach z Diaxami. W tym czasie pozostałe cztery osoby (w tym ja) przykręcały profile aluminiowe na krawędziach dolnych kasetonów. My nie zdążyliśmy tak szybko. Roboty było dużo, kratownica wybitnie dobrze ocynkowana, a wkręty okazały się delikatnie mówiąc… kiepskie. Wchodził mniej więcej co trzeci. Poza profilami alu trzeba było jeszcze przykrecic kątowniki dla tła. Chyba wtedy właśnie zaczęło się robic wesoło. Zaczęło mianowicie wiać. Rusztowanie wyło przez kilka godzin w kółko, nas (Gdyby nie uprzęże) przestawiało by na nim z miejsca na miejsce. Potem jaszcze zaczął padać grad… Poziomo. P. kazał nam się schować na ten czas za słup, więc zapaliliśmy po papierosie… I dalej! Uporanie sie z cięciem, kątownikami i profilami zajęło nam ponad tydzień. Weekend w Warszawie, i z powrotem do pracy. Nastepny punkt programu to wkręcenie w kątowniki blach trapezowych z diodami, czyli tła dla plandek z reklamami. Niby prosta sprawa, ale blachy niemałe, więc robota dla trzech osób najmarniej z jedna blachą. I znowy zakładanie blach zajęło nam dni pięć. Wtedy juz ja sie skończyłem. Mianowicie od samego początku pracy jechałem na pełnych obrotach, nie licząc jej wcale na trzy tygodnie. Wróciłem do Warszawy na piątkowy koncert, potem juz nie miałem mocy żeby wrócić.
No, ale (ze mną, czy bez) praca musiała być skończona! Po założeniu blach trzeba było jeszcze naciągnąć na to wszystko plandeki z reklamami. Zajęło to znowu koło tygodnia, reszta ekipy wróciła w piątek po pracy.

Tak wyglądała konstrukca już pod koniec działań. Razem było to: Trzy tygodnie pracy siedmiu ludzi, kilkanaśnie tysięcy złotych w materiałach, paliwie i narzędziach… I koszmarne znęczenie wszystkich po pracy. Ja za to zyskałem: lekarskie badania wysokościowe, kurs BHP dla prac na wysokościach, własną, nowiutką uprząż Lhotse i prawie trzy tysiące zotych. W sumie, opłaciło się :)


  • RSS